W pejzażu sztuki Ewy Demarczyk

 

„Zygmunt i ja wierzmy, że «Tryptyk» jest
naprawdę czymś ważnym i nowym”.
Ewa Demarczyk

„Całe moje – nazwijmy to staroświecko – natchnienie czy też inspiracjo, czerpię właśnie z tekstu. Nawet gdy piszę muzykę
wyłącznie instrumentalną,
tak staram się ją kształtować,
aby służyła pewnej koncepcji fabularnej”.
Zygmunt Konieczny

 
Ewa Demarczyk jest dziś w polskiej sztuce mitem. Wydaje się, że początki jej kariery są tak dalekie, że aż nierealne… Pierwsze piosenkarskie kroki w „Cyruliku” – kabarecie Akademii Medycznej w Krakowie, wkrótce potem debiut w „Piwnicy pod Baranami”, gdzie w programie „Siedem dziewcząt pod bronią” Ewa śpiewała „Karuzelę z madonnami” do wiersza Białoszewskiego i „Czarne anioły” ze słowami Dymnego – obydwa utwory skomponowane przez Zygmunta Koniecznego. Jesienią 19ó2 roku, na konkursie piosenkarzy studenckich w Krakowie „Karuzela z madonnami” otrzymała charakterystyczne oceny jury; przypomnijmy je: Konieczny dostał zero punktów za muzykę, Białoszewski trzy punkty za słowa, a Ewa konkurs przegrała. A przecież już za rok (1963), na I Festiwalu w Opolu ta piosenka i jej wykonanie stają się rewolucją, a na festiwalu w Sopocie (1964), wykonanie „Grande valse brillante” Tuwima i Koniecznego wita niezwykły entuzjazm publiczności. Potem przychodzą sukcesy zagraniczne, uznanie krytyki i uwielbienie publiczności – rozpoczyna się ta zdumiewająca kariera, która rośnie wraz z legendą otaczającą Demarczyk i opływającą jej występy aż do dzisiaj. Wydaje się, że tamte lata początków jej kariery. to zamierzchła przeszłość – Demarczyk, jako się już rzekło, jest w naszej sztuce zjawiskiem mitycznym, a mity – jak wiadomo – rozmywają gdzieś w niebycie swoje prapoczątki.

Ewa Demarczyk nie jest zapewne piosenkarką dla tłumów, spotkania z nią wymagają intymności, zrozumienia i skupienia. Jej piosenki są dramatyczne, melancholijne, pełne poezji i wewnętrznego żaru, są tworzonymi na kanwie znakomitych tekstów poematami o śmierci, przemijaniu, wojnie, smutku, zdradzie i miłości. Wielka poezja w połączeniu z ambitną i znakomitą muzyką dają w sumie repertuar oryginalny i niejednokrotnie bardzo trudny dla słuchaczy. Szalony entuzjazm, który opanował publiczność w Sopocie po wykonaniu „Grande valse brillante” czy „Wierszy wojennych” Baczyńskiego – był czymś niespodziewanym zarówno dla wykonawczyni jak i kompozytora. A przecież tamten triumf Baczyńskiego, Tuwima, Ewy Demarczyk i Zygmunta Koniecznego byt absolutny i zupełny. Dość powiedzieć, że interpretacja „Wierszy wojennych” zyskała sobie oficjalną aprobatę Kazimierza Wyki i weszła do kanonu c z y t a n i a wierszy Baczyńskiego. Ewa Demarczyk śpiewa „trudną” poezję i nie łudźmy się, że w tym wykonaniu staje się ona dla tzw. przeciętnego słuchacza lekkostrawną i wdzięczną papką. Płonne nadzieje łatwowiernych! Cwietajewa śpiewana przez Demarczyk wcale nie staje się „łatwiejsza” – po prostu z wiersza, muzyki i interpretacji pieśniarki rodzi się nowa jakość artystyczna. Jednakże wiersze Juliana Tuwima czy Błoka (nawet śpiewane) nie mają szans na zdobycie sobie milionów czcicieli. Pytanie: czy tracą na tym słuchacze czy wiersze?

Kolejne recitale Ewy Demarczyk stają się wydarzeniami o najwyższej randze artystycznej. Wystarczy przyjrzeć się jak w miarę upływu czasu piosenki tych recitali się rozwijają, jak ów swoisty teatr piosenki uprawiany przez Demarczyk nabiera coraz to nowych odcieni i znaczeń. Oto „Pocałunki” do wiersza Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Blaise Cendrarsa: muzyka Koniecznego podkreśla opalizująco tło dramatu, a pieśniarka opowiada o samotności, o bólu rozstania, o umarłej miłości w sposób wstrząsający. Demarczyk nie wykonuje tej piosenki, ona ją niejako współtworzy, osiągając wrażenie niesłychanej p r a w d y. Pieśniarka stoi właściwie nieruchomo – a przecież istnieje w jej interpretacjach jakaś potrzeba g e s t u – i w kilku piosenkach ten gest nagle się rodzi. Tak właśnie dzieje się w zakończeniu „Pocałunków”, gdy Ewa Demarczyk wyciąga ręce, jak gdyby usiłując powstrzymać coś, co się wymknęło, czego już nie ma – ten gest nagle nabiera walorów wielkiego uogólnienia i prawdziwie wstrząsa. Wydaje się, iż szczytowym osiągnięciem Zygmunta Koniecznego jako kompozytora p i o s e n e k dla Ewy Demarczyk jest „Taki pejzaż” do wiersza Andrzeja Szmidta. W tej interpretacji pieśniarka znacznie mniejszą wagę przywiązuje do treści, do realnego znaczenia wyrazów – służą one tylko jako sygnały pozwalające na budowanie nastroju. Szczególnie natomiast ważne staja się w tym utworze b a r w y słów, ich d ź w i ę k, introwertywne niejako ich znaczenie. W „Pejzażu” Demarczyk zaciera, zaciemnia głoski, pozwalając im tworzyć rozmigotaną, opalizującą siatkę dźwięków, przerywaną raz po raz gwałtownym wybuchem sylab. Jej wokalizy, przeciąganie głosek i specjalny sposób ich artykułowania sprawiają, iż zaczynają one nabrzmiewać dramatyczną pasją, tworząc napięte do granic wytrzymałości crescendo. „Taki pejzaż” przywołuje jakieś nienazwane wizje, dalekie krajobrazy godne pędzla Boscha czy Böklina, koszmary senne bolesne, perwersyjne, przeraźliwe. Zygmunt Konieczny zdawał sobie sprawę, że w tym gatunku, gatunku p i o s e n k i nie napisze już niczego lepszego. Chciał jednocześnie usamodzielnić się artystycznie, nie opierając się już na olbrzymim talencie Ewy Demarczyk i dlatego przestał komponować dla niej piosenki.

W roku 1966 w programie „Łaska Imperatora, albo pamiętnik Mary z Reguł, albo Koncert ambitnych samouków”, Ewa Demarczyk przedstawiała w „Piwnicy pod Baranami” dwie nowe piosenki i nowego kompozytora. Był nim Andrzej Zarycki, twórca całego najnowszego repertuaru pieśniarki. W tamtym programie Ewa śpiewała „Narodziny Bolesława Krzywoustego” do fragmentu „Kroniki” Galla Anonima i „Cygankę”. Jeżeli tekst „Pejzażu” był pretekstem do budowania interpretacji, to „Cyganka” stała się znakomitym przykładem wielkiej pieczołowitości pieśniarki nad utworem. Słuchając każdego wykonania tej piosenki odnosi się wrażenie, że Ewa chce przekazać całą swą miłość do tego niezwykłego, cudownego wiersza. Utwór śpiewany już od kilku lat, z każdym nowym wykonaniem zyskuje na głębi i wyrazie. Obserwowanie tego rozwoju jest zjawiskiem fascynującym. Pieśniarka wykonuje „Cygankę” za każdym razem inaczej i trzeba przyznać, że utwór staje się w miarę upływu czasu, coraz bardziej elektryzujący. Początkowa interpretacja, kładąca szczególny nacisk na efektowność, stała się teraz mądrzejsza i bardziej drapieżna. Pieśń uzyskała przejmującą głębię. która tkwi w słowach pełnych jakiejś bolesnej zadumy, tragicznej ironii i rozdzierającego grymasu, słowach podkreślanych interpretacją Demarczyk – złą, jątrzącą, pełną diabolicznego śmiechu, tragiczną i gorzką.

Zdumiewający warsztat i opanowane do perfekcji rzemiosło, pozwalają pieśniarce na posługiwanie się swym głosem z zadziwiającą dezynwoltura. I znowu fascynuje magiczna wręcz sztuka jej gestu. gdy przy rozpoczęciu „Cyganki” ujmuje mikrofon – i nagle się przemienia – wówczas w zmrużeniu oczu, w grymasie ust odkrywamy nagle wszystko – całe zło, ale i całe zrozumienie świata. W teatrze Ewy Demarczyk grywane są spektakle totalne: w modlitwie wiersza Cwietajewej, w nostalgii „Hercowicza”, czy też np. w goryczy „Pocałunków” odsłania się nagle wielkie theatrum mundi. Kiedy śpiewa stare „przeboje”: „Rebekę”, „Czerwonym blaskiem otoczona”, balansuje na cienkie granicy drwiny, kiczu i tragedii nigdy jednak jej nie przekracza. Wydaje się, że Ewa Demarczyk posiadła jakiś tajemniczy szósty zmysł artystyczny, który poprzez całą jej karierę nie pozwolił jej uczynić ani jednego fałszywego kroku. Jest ona nie tylko piosenkarką czy aktorką – jest artystką na miarę największych.

Zygmunt Konieczny rozstając się z Ewą rozpoczął swą samoistną karierę artystyczną. Jego muzyka teatralna i filmowa przysporzyła mu niemało chwały. Zdając sobie sprawę, że nie znajdzie lepszej wykonawczyni niż Ewa, przestał właściwie pisać piosenki. Jego poszukiwania twórcze kierują się co raz bardziej w stronę eksperymentu – ale nawet w swych nowych kompozycjach nie potrafi się do końca od Demarczyk uwolnić. W największych jego sukcesach teatralnych czy filmowych odnaleźć można fragmenty wyraźnie pisane „pod Demarczyk”. Przecież nawet Pallas Atena w „Nocy Listopadowej” Wyspiańskiego w reż. Andrzeja Wajdy w Teatrze Starym jest dla niej właśnie stworzona. Ewa nie uchyla się zresztą od eksperymentów – najlepszym na to dowodem są jej długie próby nad kompozycją „Prophéties”, którą przed dwoma laty napisał Zygmunt Konieczny do tekstu Supervielle’a, a która z powodu rozlicznych trudności nie została jeszcze do tej pory wykonana. Nie należy jednak zapominać, że Ewa czuje się nade wszystko piosenkarką eksperymenty nie wypełniają jej recitali – potrzebuje zatem „normalnych”, choćby najambitniejszych ale jednak piosenek. Konieczny w międzyczasie próbował już różnych technik kompozytorskich. Kiedyś proponował mu współpracę Józef Patkowski, kierownik muzycznego studia elektronicznego w Warszawie – okazało się jednak że te, dalekie od naturalnych, techniki komponowania, niezbyt go pociągają. Fascynuje go nade wszystko ekspresja wynikająca z fizjologii ludzkiej. Przede wszystkim vocal – ale również pokazanie, wydarcie z instrumentalistów ich najbardziej ukrytych fizjologicznych możliwości. Konieczny celowo utrudnia grę, pisze ponad skalę, żąda najwyższych rejestrów, chce zmusić wykonawców do maksymalnego wysiłku. W „Tryptyku” nie ma określeń konkretnych instrumentów, ilość ich może być również rozmaita – pewne wskazówki dotyczą tylko artykulacji, która ma zostać osiągnięta. Barwa jest dla Koniecznego rzeczą wtórną, liczy się głównie rytm i inne elementy ekspresyjne stąd pewnie jego zafascynowanie muzyką afrykańską i obrzędową. Natomiast źródłem podniet twórczych, płynących z naszego kręgu kulturowego stał się dla Koniecznego ekspresjonizm i awangarda beatowa.

Wystarczy posłuchać muzyki do krakowskich przedstawień w Teatrze Starym, aby zorientować się jak wielka jest skala możliwości talentu Koniecznego. Muzyka do „Nocy Listopadowej” podawana w długich blokach czasowych jest w jego karierze artystycznej bardzo ważna, inaczej, choć równie ważna, jest muzyka do „Biesów” Dostojewskiego wydaje się, że w obydwu tych spektaklach Wajda zezwolił, ba, nawet poddał się oryginalności propozycji Koniecznego. Odmiennie pracował z nim Konrad Świnarski, który w „Dziadach” i „Wyzwoleniu” ograniczył rolę kompozytora. chociaż pozostawił mu w ramach zarysowanej przez siebie koncepcji spektaklu, sporo swobody. Oryginalność rozmieszczenia muzyki w „Dziadach”, ów efekt pielgrzymki kalwaryjskiej, stał się nieodłączną częścią tego wielkiego przedstawienia. Konieczny rozszerza swe instrumentarium, wymyśla nowe instrumenty, np. skonstruowany przez siebie na wzór fletu japońskiego instrument, na którym można grać glissando, czy grzebień do złudzenia naśladujący glissando oboju…

Muzyka jest dla Zygmunta Koniecznego zaledwie pewnym – bardzo ważnym oczywiście – elementem syntezy, do której chciałby kiedyś doprowadzić. Chciałby stworzyć totalny teatr muzyczny. Wydaje się, że muzyka do „Nocy Listopadowej” i „Tryptyk” to ważne etapy na drodze do realizacji owego teatru.

„Tryptyk” swój ostateczny kształt otrzymał już przed trzema czy czterema laty. Konieczny teraz wprowadził jeszcze kilka zmian, dopisał trochę muzyki. Od lat dzieło nie mogło znaleźć teatru, który podjąłby się ryzyka prapremiery. Rozmaite były przeszkody, nie zawsze zresztą natury artystycznej. „Tryptyk” to utwór dla Ewy Demarczyk, przecież z myślą o niej Konieczny go pisał i oto – po latach, w czasie jego realizacji spotykają się znowu te dwie wielkie indywidualności artystyczne. Konieczny syt sławy kompozytora teatralnego i filmowego, zapragnął być wreszcie kompozytorem, którego dzieło zaistnieje już nie jako współelement tworzący spektakl, ale jego najprawdziwsze źródło. Zgodnie ze swym założeniem inspirację dla „Tryptyku” zaczerpnął z tekstów i to tekstów nader ważkich artystycznie.

Od czasu „Wierszy wojennych” Baczyńskiego i „Pejzażu” minęło już wiele lat. Ewa Demarczyk stała się mitem, jej pieśni wkroczyły na stronice polskiej prozy, dla niej poeci piszą wiersze, ona budzi sensację kolejnymi recitalami. Demarczyk nie stała się idolem, jednym z tych ślepo uwielbianych bożyszcz, za którymi dzięki płytom i telewizji szaleją tłumy. Jest na to „za dobra”, za trudna – nie poszukuje popularności za wszelką cenę, nie idzie na łatwiznę artystyczną. I oto okazuje się, że poprzez dyscyplinę i konsekwencję – zwycięża. I chociaż Demarczyk nie jest „artystką dla mas”, to przecież jej wysublimowana sztuka jedna jej hołdy nie tylko intelektualistów i artystów, ale również tych wszystkich, którym nieobca jest wielka poezja i wielka muzyka. Nie na darmo Andrzej Kuśniewicz nazwał jej śpiewanie „twórczością Ewy Demarczyk”. Bowiem określenie jej koncertów mianem recitalu piosenkarskiego czy nawet pieśniarskiego jest zubożeniem tej twórczości. Taka klasyfikacja staje się zaledwie niezdarnym wtłoczeniem fascynującego zjawiska w ciasne gatunkowe ramy.

Utwory, które śpiewa Demarczyk od dawna już są bliskie tzw. muzyce poważnej. „Taki pejzaż”, „Wiersze wojenne”, „Pieśń nad Pieśniami” – dawno już przekroczyły granice piosenki nawet literackiej. Demarczyk nie mieści się już w formule „zwykłego” recitalu, nie wystarcza jej już estrada filharmonii czy scena teatru, poszukuje wciąż nowego sposobu prezentacji swej sztuki. Nie może to być tylko teatr, chociaż jest aktorką, nie może to być tylko magiczny krąg punktowca, w który zaklina słuchaczy swych koncertów. Jej talent potrzebuje nowych form, nowych doświadczeń, nowych środków ekspresji. Wydaje się, iż spełnieniem tych wszystkich poszukiwań stał się „Tryptyk”, dzieło, które na kanwie tekstów Louisa, Schulza i Micheleta stwarza możliwości nowej formuły scenicznej. To wielkie oratorium i teatr muzyczny jednocześnie, pozwala odegrać na scenie misterium o miłości i śmierci. Jestem pewien, że Ewa Demarczyk i Zygmunt Konieczny wraz z premierą „Tryptyku” w Krakowskim Teatrze Muzycznym. otwierają nową – i bardzo ważną – kartę swej biografii artystycznej.

Józef Opalski
[„Jazz” 1976]