„Szukam kameralności…”

– rozmawiał Józef Opalski

 
Ewa Demarczyk rzadko i niechętnie udziela wywiadów. Swoją niepodważalną pozycję w naszym życiu kulturalnym potwierdza poprzez działalność artystyczną, a nie przez szukanie reklamy. Kiedy poprosiłem ją o wywiad
– ku mojej wielkiej radości – zgodziła się.
Spróbowałem uczynić go rozmową dwojga przyjaciół, nie dając się wtłoczyć w stereotypy wywiadu. Jeżeli udało mi się przekazać w nim chociaż część tej fascynującej osobowości, jaką jest Ewa Demarczyk – odniosłem sukces. Bowiem Ewa Demarczyk to nie tylko wielka artystka – to także niezwykła, mądra i wspaniała dziewczyna.
 

– Jak się czujesz jako największa polska piosenkarka?

Ależ ja wcale nie jestem największą polską piosenkarką…

– Jesteś oczywiście! Taka jest przecież opinia nie tylko krytyki ale i publiczności.

Nie mam takiego uczucia. Nigdy się zresztą nad tym nie zastanawiałam.

– Sądzisz, że jesteś obecnie mniej „modna”? Był taki czas mody na Ewę Demarczyk…

Modna? Chyba rzeczywiście jestem mniej modna. Na szczęście! Dawniej zdarzało się, że część słuchaczy przychodziła na moje koncerty, bo wypadało na nie przychodzić. Teraz przychodzą już tylko ci, którzy rzeczywiście potrzebują spotkania ze mną. Wydaje się, że moim wielkim zwycięstwem jest to, że mój niełatwy przecież repertuar zyskał sobie tak wielu zwolenników. A przecież początki były bardzo trudne, tak długo nie mogliśmy przekonać z Zygmuntem Koniecznym ludzi do tego, co robimy.

– Twoje śpiewanie to już spory okres historii naszej piosenki. Czy czujesz swoją odrębność, swoje niewątpliwie eksponowane miejsce w tej historii, w okresie XXX-lecia PRL?

W historii? Daj spokój – przecież mam tyle planów, tyle najrozmaitszych pomysłów; zadajesz pytania jak ci, którzy chcieli koniecznie, żebym napisała wielotomowe pamiętniki. ZA WCZEŚNIE! Winduje się mnie niepotrzebnie na cokół w charakterze pomnika, ale pomnik jest jeszcze żywy i należałoby się raczej zapytać, co robi teraz i co zamierza robić w przyszłości.

– Dobrze. zostawmy te pomnikowe rozważania. O planach też jeszcze będziemy mówić – zgodzisz się jednak, że twoje pieśni oscylują wyraźnie w kierunku tzw. muzyki poważnej.

Z pewnością! Nie znoszę zresztą tego podziału. Muzyka jest po prostu dobra lub zła. W pojęciu dobrej muzyki, wielkiej sztuki, mieszczą się przecież znakomicie i kwartety Beethovena i piosenki Piaf, prawda?

– Oczywiście! Jednakże nie śpiewając „przebojów” siłą rzeczy skazujesz się na to, że twoje pieśni nie będą mieć masowego odbioru…

Ależ ja nigdy nie zabiegałam o ich masowy odbiór. Jeżeli potrafiłam sobie zdobyć aż tylu zwolenników, mój sukces – powtarzam to – jest rzeczywiście wielki. Zawsze zakładam, że śpiewać będę w wąskim, a w każdym razie niekomercjalnym gronie. Zdarzało mi się, co prawda, wygrywać koncerty w warunkach komercjalnych, lecz zawsze uważałam to za obrzeża tego, co rzeczywiście robię i co mnie interesuje. Zdumiało mnie np. entuzjastyczne przyjęcie „Walca” na festiwalu w Sopocie. A już zupełnie niezrozumiały był dla mnie sukces „Wierszy Baczyńskiego” na następnym sopockim festiwalu. Przecież takie festiwale są z u p e ł n i e odmienne od warunków, w których zazwyczaj występuję. Strasznie bałam się śpiewania Baczyńskiego. Uspokoił mnie dopiero profesor Wyka swoją aprobatą. Skoro Wyce się moja interpretacja podoba…

– Kłopoty były tylko z orkiestrą?

Och, takie kłopoty mam bez przerwy, przyzwyczaiłam się. Panowie po prostu nie uważali muzyki Zygmunta za muzykę, zresztą wiele by o tym mówić…

– Nie chcesz nagrywać w Polsce płyt?

Chcę po prostu nagrywać dobre płyty. W Polsce nie mam na to warunków.

– A jednak twoi koledzy nagrywają.

Może są mniej wymagający. Moje układy z kolegami-piosenkarzami są żadne. Mam wśród nich małą grupkę przyjaciół – i to wszystko. Mieszkam zresztą w Krakowie, który kocham i którego nie chcę opuścić, a koledzy-piosenkarze w stolicy albo jeszcze gdzie indziej. Czasem tylko ogarnia mnie autentyczna rozpacz i wściekłość, gdy widzę jak bezmyślnie moja praca jest marnowana. Oto właśnie dowiedziałam się z prasy (!!!), że w sprzedaży są pocztówki dźwiękowe z moimi nagraniami, na dodatek z moją fotografią. Jakim prawem? Kto pytał mnie o zgodę? Przecież jedyne w Polsce nagrania „Cyganki” czy „Zmór wiosennych” Leśmiana, to a r c h i w a l n e nagrania radiowe. Skąd więc znalazły się na wypuszczonych przez „Ruch” pocztówkach? To ja od lat walczę o jakość artystyczną i techniczną moich nagrań – i proszę, oto rezultaty! Jakaż bowiem może być ich jakość na pocztówkach?

– Pewnie nauczona też smutnymi doświadczeniami, nie występujesz na polskich festiwalach? Opinia publiczna się, dziwi…

Opinia publiczna? Naprawdę? Wątpię. Objechałam już polskie festiwale, trzeba teraz dać szansę młodszym. Na dodatek profil tego, co robię, zmienił się jeszcze bardziej, poszukuję kameralności i np. wielki recital w Opolu zabiłby z pewnością to, co chciałabym ofiarować mojej publiczności. Przecież kwartet smyczkowy też nie występuje w amfiteatrach czy halach sportowych na kilka tysięcy miejsc, prawda? Oczywiście organizatorzy rozmaitych festiwali mają do mnie bezustanne pretensje, że nie chcę występować na tych wielkich imprezach – nie rozumieją, że ja nie mam propozycji na festiwale i że tego rodzaju produkcje mnie n i e  i n t e r e s u j ą! Nie jestem już studentką – mogę teraz r z e c z y w i ś c i e pracować.

– Śpiewasz bardzo trudne teksty. Dzisiaj nikogo to już nie epatuje. Wiersze śpiewa, kto może. Ale to przecież ty zaczynałaś! Jakimż szokiem była przed laty „Karuzela z Madonnami”. Czytasz bardzo dużo, znacznie więcej niż się do tego przyznajesz. Część tekstów wybierasz sama – o innych trwają dyskusje z przyjaciółmi. Czy zaśpiewałabyś Faulknera? Pytam, bo wiem, że autor „Azylu” ma u ciebie między Tomaszem Mannem a Leśmianem specjalną kapliczkę.

Zaśpiewałabym!!! To mogłoby być fascynujące. Nie wiem, cóż za pomysł! – nigdy o tym nie pomyślałam. To jest myśl – zwłaszcza, że Konieczny „złapał się” ostatnio za pracę. Fraza faulknerowska mnie urzeka, kto wie czy nie byłoby to muzyką… zawsze w takich wypadkach żałuję, że sama nie komponuję. Bardzo trudno jest składać propozycje panom kompozytorom, są kapryśni – ja to rozumiem. Niestety, moje marzenia nie zawsze mogą być zrealizowane, bo mogą się nie zgadzać z marzeniami kompozytorów.

– Panuje o tobie opinia, że jesteś pieśniarką intelektualną…

Przestań! Jeszcze jedna etykietka. Co to znaczy „intelektualna”? Że czytam? Że nie jestem kretynką?…

– Nie śpiewasz tych wszystkich „daj mi”, „weź mnie, „zrób mi” itd…

Aha – i dlatego jestem intelektualną? Dziękuję, nie śpiewam idiotyzmów, chociaż może „daj mi” to jest też  intelektualne?…

– No dobrze. Dajmy spokój. Są piosenki, które w twojej interpretacji rosną, rozsadzasz jakby ramy ich tekstu, jak choćby w „Jaki śmieszny”…

Zgoda, tylko że tu pomaga mi znakomita muzyka Zygmunta.

– Ale „Rebeka”? W twoim wykonaniu stała się szalenie dramatyczna, żeby nie powiedzieć, tragiczna…

To prawda. Wynika to chyba stąd, że ja „Rebekę” lubię; zresztą rzeczywiście tak się zwykle dzieje, że dodaję często moim piosenkom ładunków ekspresyjnych tam, gdzie można by się ich wcale nie spodziewać. „Rebeka” w innych wykonaniach była tylko smutna, w moim stała się tragiczna.

– Podobnie jak „Czerwonym blaskiem”?

Widzisz, ja rzeczywiście lubię te stare piosenki. Mam do nich sentymentalny stosunek i – n i e  c h c ę  i c h  o ś m i e s z a ć. Śpiewała je moja mama i pamiętam jak w dzieciństwie prosiłam: Mamo, zaśpiewaj mi „Cygana”, mama śpiewała – a ja zalewałam się rzewnymi łzami. Muszę dziś śpiewać je z odrobiną dystansu, bo w końcu – muszę to przyznać – ich teksty to szczególne arcydzieła.

– Jak tekst „Czerwonym blaskiem” – wciąż wracam do tego utworu, bo wydaje mi się, że jest nieoceniony. Uważam twoją interpretację za wprost znakomitą.

Strasznie długo szukałam klucza do tej piosenki, teraz już wiem jak ją śpiewać i robię to z ogromną przyjemnością.

– I właśnie twoja interpretacja naddaje tej piosence jakąś niespodziewaną wartość. Zresztą mistrzostwo z jakim ją wykonujesz sprawia, że gdy śpiewasz o tej biednej tancerce z kabaretu pół sali szlocha a pól umiera ze śmiechu. Wirtuozeria, z jaką balansujesz na granicy kiczu i tragedii, jest doprawdy imponująca.

Piosenka przemawia do ludzi. Teraz, kiedy nagrałam dla radia „Czerwonym blaskiem”, okazuje się jak bardzo ona „bierze”.

– Podobno zostaniesz profesorem?…

Nie, nie, nie – jakim profesorem?!

– Jak to jakim – profesorem piosenki w szkole teatralnej, oczywiście.

Ależ skąd. Na razie nic z tego. I choć czasem mam ochotę przekazać zaczynającym śpiewać część mego doświadczenia, pomóc im – to przecież teraz za dużo mam jeszcze sama do zrobienia, żeby się tym zajmować. Chyba, żeby mnie ktoś specjalnie zainteresował… Ale i wtedy nie miałoby to nic wspólnego z tzw. szkołą.

– Wyszłaś z „Piwnicy pod baranami” i oczywiście rozsadziłaś jej ramy, jak tylu innych, którzy tam zaczynali. Jak: Penderecki, Majewski, Wiśniak. Anna Polony, czy ja wiem kto tam jeszcze. Pewnego dnia „Piwnica” przestała ci wystarczać.

Tak się dzieje, że pewnego dnia te wszystkie działania stają się niewystarczające, można je zachować w pamięci bardzo serdecznie, „Piwnica” może być powrotem do zabawy, ale przecież każdy artysta musi szukać nowych sytuacji, nowych form.

– Właśnie, nowe formy, to przecież „Tryptyk”. Kiedy premiera?

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Na samą myśl o przeszkodach, które się nam z Zygmuntem od lat stawia, robi mi się słabo.

– Może erotyka, zwłaszcza jednej z części „Tryptyku” tzn. „Bilitis” jest zbyt odważna?

Nie wiem dlaczego ten tekst ludzi tak bulwersuje. Jest to przecież wspaniała poezja, rzeczywiście szalenie nasycona erotyzmem, ale cóż z tego. A że erotyka ta jest hm… no powiedzmy niepopularna, to mnie tylko fascynuje. Tak czy owak nie tu leży przyczyna. Po prostu nie mogą pojąć, że od pięciu lat biegam i nie mogę doprosić się o wykonanie „Tryptyku”.

– Istotnie, jest to co najmniej dziwne. W końcu istnieje taki utwór, zabiegasz wokół jego wystawienia ty i jeszcze kilku przyjaciół, a czynniki tzw. oficjalne, czy też ci, którzy powinni się tym zajmować zawodowo i zrobić w s z y s t k o, żeby doprowadzić do premiery jeżeli nie rzucają kłód pod nogi, to w najlepszym wypadku milczą, udając, że nic o „Tryptyku” nie wiedzą.

Na dodatek wszyscy są szalenie zdziwieni. „Jak to – mówią – jest jakiś utwór pana Koniecznego dla pani i jeszcze nie został wystawiony?” I oczy się ludziom robią okrągłe ze zdumienia. A ja nie. mam już żadnych sposobów; doszłam do tego momentu, że wykorzystałam już wszystkie moje możliwości perswazji i nacisków – na próżno! Dlaczego wszyscy się boją, przecież w razie klapy to my z Zygmuntem będziemy bici. Oni mogą zawsze powiedzieć: daliśmy im szansę – zaprzepaścili ją. Ale dlaczego nie mamy nawet możliwości, żeby spróbować? Wierzymy przecież, że „Tryptyk” jest naprawdę czymś ważnym i nowym.

– Mógłbym łatwiej zrozumieć tę ponurą sprawę przed 10 laty, kiedy ty nie byłaś jeszcze Ewą Demarczyk a Konieczny lak cenionym kompozytorem. Wówczas mogły być problemy z fochami orkiestry, spory itd. Ale dziś? Zwłaszcza kiedy Zygmunt sprawdził się tak znakomicie w teatrze i w filmie. O co właściwie chodzi?

Nie wiem – a raczej wolę się nie domyślać.

– Wróciłaś z tournée po Związku Radzieckim…

Byłam tam już drugi raz. Teraz pojechałam z własnym zespołem, śpiewałam w drugiej części, pierwszą odstępując Irenie Wiśniewskiej, Maćkowi Wróblewskiemu i Zisisowi Mociosowi, naszemu greckiemu przyjacielowi.

– Oczywiście był to ogromny sukces…

Dlaczego „oczywiście”?

– Zawsze odnosisz sukcesy.

Ależ nie! Zdarzyło się, że ich nie odnosiłam.

– Ale to było dawno.

Rzeczywiście – dawno. Nie zawsze przecież miałam warunki do zwycięstw. I nie dla wszystkich jestem w każdej sytuacji strawna. Dlatego unikam wielkich sal, różnego rodzaju składanek estradowych, programów telewizyjnych… Zależy mi na czym innym, szukam kameralności, atmosfery, w której mogłabym przekazać tę wielką poezję, którą śpiewam.

– Wracajmy do tournée…

Jestem z niego bardzo zadowolona. Prezentuję przecież rodzaj wykonawstwa prawie zupełnie w Związku Radzieckim nie uprawianego. A jednak przyjęcie moich pieśni było bardzo gorące. A koncert w moskiewskim Związku Literatów był jednym z największych przeżyć w moim życiu.

– Przygotowujesz nowy recital…

Wciąż go przygotowuję. Ale to nie jest proste.

– Wiem, z czego to wynika, wyśrubowałaś sobie tak wysoki poziom artystyczny, że teraz każde wahnięcie poniżej tego poziomu…

Nie, to nawet nie to. Nie boję się wahnięć, jeżeli w coś wierzę. Wówczas usiłuję przekonać do tego także moją publiczność. Wszyscy zapominają, że pierwszy recital przygotowywałam kilka lat. Śpiewałam różne utwory, całe lata – w „Piwnicy” i gdzie indziej. I nagle zrodził się pomysł zrobienia z tego całego koncertu. Tamte utwory wynikały z nas, z naszej pracy – i wtedy to było oczywiste. Trzeba tylko było wymyślić konstrukcję i recital był gotowy. Natomiast drugi recital był już przygotowany i rodził się w bólach. Nie należy zapominać, że jestem jednak uzależniona od kompozytorów. Przecież to nie są kompozytorzy piszący na zamówienie – i wcale nie chcę, żeby takimi byli.

– Ale teraz Zarycki pisze muzykę do „Psalmów” Tadeusza Nowaka, jakby na zamówienie…

Nie, ta poezja go po prostu interesuje, fascynuje.

– A skąd w ogóle ten pomysł, zresztą moim zdaniem, znakomity?

Kiedy miałam jechać na koncert do RFN poszukiwaliśmy tekstów wśród tłumaczeń Dedeciusa, który przekładał polską poezję na język niemiecki i tak natknęliśmy się na „Psalmy”. Miałam już gotowe pieśni do oryginalnych tekstów niemieckich np. Goethego czy Trakla, a chciałam propagować przede wszystkim polską poezję, choćby w przekładach niemieckich. I od tego jednego psalmu (śpiewanego zresztą po niemiecku) rozpoczęła się nasza przygoda z Nowakiem. Andrzej wczytywał się w jego wiersze i wpadł na pomysł skomponowania całego cyklu. Słyszałeś jeden, prawda, że piękny?

– Wspaniały! Surowy i trochę kościelny – wywołuje wielkie wrażenie.

Marzy mi się wykonanie całego cyklu w kościele. I może uda mi się nawet w jednym z kościołów krakowskich to zrealizować. Bardzo bym chciała!

– Nie czujesz się trochę taka… mało kochana w Polsce? Kiedy oglądałem „Kabaret”, cały czas myślałem o tobie i o tym, że jak się ma taką artystkę jak Liza Minnelli, to kręci się dla niej „Kabaret” – a jak się ma Ewę Demarczyk, to też powinno się coś z nią zrobić. Prawda?

Nigdy mnie nie rozpieszczano. I nie wyobrażam sobie nawet, żeby można było to robić.

– To może wreszcie jest okazja, żeby zacząć… Twoje marzenia?

O prywatnych nie mówię, nie znoszę tego. A zawodowe? – pod koniec maja wyjeżdżam znowu do RFN na koncerty i telewizję, a potem jeszcze dalej. Ale to już po wakacjach, jestem przesądna, nie chcę zapeszyć.

– Podpowiem ci jeszcze odrobinę marzeń: chciałabyś wreszcie mieć wspaniałą orkiestrę
i taki fortepian, jak Piaf w „Mon Dieu”…

Dwa fortepiany! Dobre, nastrojone! I chór, i orkiestrę! I miałabym wówczas tyle do zrobienia, do zaśpiewania!

– Gdyby ci na przykład dwa razy w miesiącu wypożyczano Teatr Wielki.

Śpiewałabym tam oczywiście. Miałabym tam wreszcie dla siebie światła, chór i orkiestrę. Pewnie udałoby się wystawić wtedy „Tryptyk” i zaśpiewać Faulknera…

– Już sobie zamawiam bilet…

To ty jesteś niepoprawnym marzycielem!
 

Józef Opalski
[„Jazz” VII-VIII 1974]