Sławomir Pietras

Wejście dla artystów
Śnieg wszystko pokryje

Lecąc na premierę Werthera Masseneta do Rzymu, kupiłem na lotnisku książkę o Ewie Demarczyk. Oparta na wspomnieniach nie zawsze trzeźwych, dawnych przyjaciół, banalnie opiewających jej wielkość, niezwykłość i ponadczasowość, ale jednocześnie drobiazgowo i z lubością przytaczających jej słabości, porywczość i kontrowersyjność. Dwie autorki dokonały benedyktyńskich zabiegów niewnoszących niczego do naszej wiedzy o Ewie, ale mogących jej przynieść wiele bólu i cierpień. Skoro Czarny Anioł polskiej piosenki postanowił zamilknąć i zniknąć, należało to uszanować, a nie zamieniać w biograficzny pitulinen geszeft.

ANGORA nr 6 (8 II 2015)

 


 

Aleksandra Sowa

Ta okropna Ewa D.

Długo wyczekiwana książka, ale chyba głównie przez tych, którzy brali udział w procesie jej tworzenia, ledwie pojawiła się w sprzedaży, a już jest wydawniczym hitem. Przyjemnie wydana, z ładnymi zdjęciami, aż się prosi, żeby ją kupić. Wydawca nęci też dodatkowo: „Długo oczekiwany portret tajemniczej artystki. Dzięki komu rozbłysnął jej talent? Dlaczego zamilkła?”. To tabloidowe zacięcie haseł z okładki budzi mój niepokój, ale mimo wszystko, niezrażona jeszcze zupełnie, zaczynam czytać…

Parę godzin później kończę ostatnie zdanie i robi mi się bardzo przykro. Wydawca jednak dobrze reklamuje swój produkt. Ta „opowieść” o Demarczyk, mimo że bazująca na wielu rozmowach z jej współpracownikami i dokumentach, do których udało się dotrzeć autorkom, to po prostu historia, która miała być skrojona na miarę skandalu. Historia, choć oparta na wiarygodnych źródłach, to o zacięciu charakterystycznym dla słynnego portalu plotkarskiego na „p”.

Starając się zachować względną chronologię, autorki miały ambicję odtworzenia przebiegu działalności artystycznej (?) Ewy Demarczyk. Pierwszy rozdział to krótki opis rodzinnego domu artystki i jej początków w kabarecie Cyrulik, a następnie decyzji o rozpoczęciu nauki w szkole teatralnej. Zaczyna się całkiem ciekawie, jednak schody pojawiają się w drugiej, najdłuższej części książki, poświęconej rozkwitowi i przebiegowi kariery Demarczyk. Znane osobistości światka artystycznego (głównie krakowskiego) wypowiadają się na temat swoich relacji i związków z pieśniarką. Opowieści przeczą sobie nawzajem i składają się głównie z anegdot i rozpraw nad charakterologicznymi uwarunkowaniami bohaterki książki. To wszystko podlane sosem „sensacji”, który wylewa się z krótkich, reporterskich zdań i niby dyskretnego „nie zgodził/a się na rozmowę z nami” dodanego w nawiasie przy każdym nazwisku, które pojawia się w książce, ale nie udziela głosu specjalnie na jej potrzeby (przy wymienianiu współpracowników Demarczyk, albo krótkich cytatach z uprzednio publikowanych wywiadów). Albo w stwierdzeniach typu „Tu właśnie zaczął się proces izolacji artystki” – jakby całość zmierzała tylko do tego sensacyjnego faktu (w książce istotnie tak jest – ostatni rozdział poświęcony jest tylko temu). Można było sobie darować.

Tabloidowość książki z całą mocą wybucha w momencie opowieści o mężczyznach Demarczyk, najpierw – o mężu, który trafił do więzienia za kradzieże. Podkreślenie, że autorki kilkukrotnie usłyszały jego imię i nazwisko, ale zastępują je zmienionym inicjałem, charakterystyczne jest raczej dla gazetowej publicystyki, a nie książki poświęconej wielkiej artystce. Przy okazji w tym miejscu wręcz wylewa się seksizm. Demarczyk – przez całe 200 stron przedstawiana jako zimna suka i skrajna profesjonalistka nie znosząca sprzeciwu i sentymentów, tutaj ukazana jest jako ofiara miłości. Jakby w myśl hasła: „Patrzcie Państwo, taka twarda, a zakochała się w złodzieju i uwiesza mu się na szyi, gdy ten kroczy przez komendę w kajdankach…” Kiedy kilkadziesiąt stron dalej mowa o Pawle Rynkiewiczu – zdaje się ostatnim i obecnym partnerze i impresario Demarczyk, ton jest podobny. Kobieta, „jak to zwykle bywa”, zmieniła się przez mężczyznę i niemal została przez niego ubezwłasnowolniona.

Autorki pobawiły się wyraźnie w detektywów, faktycznie – próbując rozwikłać zagadkę zniknięcia Ewy Demarczyk z życia publicznego. Posunęły się nawet do konstatacji (ustami swoich rozmówców), że zamieszanie wokół zamknięcia jej Teatru było tylko przykrywką dla faktu, że legenda straciła głos. No, a poza tym przecież facet jej zawrócił w głowie.

To tylko moje, subiektywne odczucie, ale wydaje mi się, że publikacja tej książki, w takiej formie jest dość obrzydliwym ciosem zadanym Demarczyk, której odcięcie od świata (do którego każdy ma najświętsze prawo!) było również pokazaniem światu, że NIE ŻYCZY SOBIE grzebania w jej życiu. Co zresztą wyrażała jasno nawet we wcześniejszych wywiadach.

Cóż, to bardzo przykre, że w dobie żenujących celebrytek i celebrytów bez głosu i talentu, w sposób tak bezpardonowy opluwa się ostatnie prawdziwe gwiazdy. Jeżeli żywot tej książki będzie dłuższy niż żywoty newsów na portalach plotkarskich, to byłoby bardzo szkoda, gdyby młodzi ludzie poznawali Ewę Demarczyk poprzez TAKĄ narrację.

Także mam nadzieję, że euforia na tle publikacji szybko ustąpi zdrowemu rozsądkowi. A ja wciąż czekam na rzetelną i dobrą książkę o twórczości tej okropnej Ewy D.

18.01.2015

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze
„Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk”

 TA OKROPNA EWA D. 
 


 

Błąd autorek książki

Na stronie 103 autorki umieściły zdjęcie Katarzyny Bovery podpisując, że to zdjęcie Ewy Demarczyk.

Katarzyna Bovery